Newsweek 49/2005, 11.12.2005 r.
Ciężkie branie
Ryszard Kijak
Przed podjęciem studiów medycznych pracowałem w szpitalu jako sanitariusz. Przyprowadziłem kiedyś z izby przyjęć na oddział pacjenta, który chciał mi za to wręczyć 20 zł (a było to pod koniec lat 60. ubiegłego wieku). Odmówiłem stanowczo, choć mocno napierał. Po tygodniu zajrzałem na salę. Jeden z chorych pyta:
- Czy to czasem nie pan mnie tu zaholował z izby przyjęć?
- Nie, to chyba kolega – odparłem odruchowo, nie poznając delikwenta.
- Bo wie pan, był tu taki podobny do pana. Chciałem mu się odwdzięczyć, bo cóż on tu zarabia za tę swoją robotę, dawałem dwie dychy, ale nie wziął, głupek. Nie da sobie rady w życiu, baran.
- Skojarzyłem – mówi o mnie. To ja jestem tym głupkiem, baranem, który nie da sobie rady.
Po skończeniu studiów, kilka razy zdarzyło mi się w pracy wyciągać z kieszeni kopertę, która trafiła tam nie wiadomo kiedy i jak, i oddawać ją opierającej się przed tym rękoma i nogami pacjentce (lub pacjentowi). Albo walczyć z reklamówką wypakowaną „zestawem wdzięcznościowym nr 3” (flaszka, kawa, bombonierka).
Ulubioną pułapką zastawioną przez pacjentów jest wręczenie lekarzowi niewinnie wyglądającego pudełka z koniakiem. Takie opakowanie trzeba jednak jak najszybciej wypatroszyć, aby przekonać się, czy nie ma w nim tajnego załącznika w postaci koperty. Jeśli się tego od razu nie sprawdzi, a koniak zaniesie się później koledze z okazji imienin, to można go nieźle ubawić wypłaconą mu bezwiednie zapomogą finansową. Chyba, że nierozpakowany prezent powędruje dalej.
Niektórzy pacjenci uważają, że jeżeli zapłacą dodatkowo lekarzowi, to zajmie się on nimi lepiej, bardziej wnikliwie. Albo, że w ogóle się nimi zajmie. Przy okazji, kupują też sobie nadzieję na wyleczenie. A jeśli lekarz odmówi, to znaczy, że w ich sprawie nie da się już nic więcej zrobić. I są lekarze, którzy poddają się tej presji, a potem idą nawet dalej i sami zaczynają sięgać do kieszeni pacjenta.
Czy działania prokuratury i sądów są w stanie zlikwidować to zjawisko? Sądząc po głębokości jego korzeni, trudno być optymistą. Wraz ze wzrostem ryzyka może natomiast wzrosnąć cena łapówek.
Zdaniem eksperta Centrum im. A. Smitha, dr. Wojciecha Misińskiego, główną przyczyną łapówek jest deficyt świadczeń zdrowotnych, spowodowany ich niskim finansowaniem. I to jest proste. Ale jak wyjaśnić łapówki także w przypadku braku deficytu usług? – Po pierwsze, polski pacjent uważa, że w służbie zdrowia wszystko jest deficytowe. A jeśli tak, to realny socjalizm nauczył go, co się w takiej sytuacji robi – tłumaczy Misiński. – Po drugie, pacjent nie ma żadnej świadomości, jakie są rzeczywiste koszty świadczeń. Kładąc się do szpitalnego łóżka, nie wie, czy jego hospitalizacja kosztuje 100 zł, czy 1000 zł. Wystarczyłoby, aby otrzymał fakturę z ceną, którą płaci NFZ. Ale wymaga to opracowania koszyka gwarantowanych świadczeń zdrowotnych, czego z kolei nie da się dokonać bez uprzedniej standaryzacji medycznej i kosztowej usług medycznych. Cennik NFZ wzięty jest z sufitu i w ten sposób służba zdrowia dalej żyje w świecie realnego socjalizmu.
Jeśli walka z łapownictwem w opiece zdrowotnej ma być naprawdę skuteczna, trzeba zlikwidować nie tylko objawy, ale i przyczyny, którymi są deficyt świadczeń medycznych i kolejki. Należy więc skończyć z istniejącym obecnie korupcjogennym parabudżetowym systemem ochrony zdrowia i zastąpić go mechanizmami rynkowymi. O skuteczności tej filozofii można się przekonać na przykładzie gabinetów dentystycznych (w oryginale było: sprywatyzowanej już prawie w całości podstawowej opieki zdrowotnej – przyp. aut.) i prywatnych szpitali, gdzie pojęcie łapówki odeszło do historii.
Autor jest wiceprzewodniczącym
Zarządu Krajowego
Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy
|