„Gazeta Lekarska” Nr 11/2005
(tekst bez skrótów redakcyjnych)
Towarzystwo kanapowo-kanapkowe
Ryszard Kijak
Gdy publiczny doktor zasiądzie w dyżurce na kanapie i zacznie spożywać kanapkę na drugie śniadanie, to jest to doktor nikogo się nie bojący. A jak jeszcze popije kanapkę kawą, to jest to doktor wszystkowiedzący. Wie, kto jest winien temu całemu syfowi, i wie, jak to wszystko poprawić, żeby było dobrze zarówno jemu samemu, jak i pacjentowi. Niech no jednak do takiej dyżurki wejdzie nagle kierownik przychodni, albo ordynator oddziału, czy też nawet sam Pan Dyrektor Zakładu, uczony wywód urywa się w pół słowa, kanapka natychmiast wypada z dłoni kanapowca, a w jej miejsce, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawia się dyżurny słoik z wazeliną.
Zaś doktor sprywatyzowany klnie Narodowy Fundusz Zdrowia w żywy kamień, życzy, aby go jak najprędzej szlag trafił, ale robi to tak, aby nikt tego przypadkiem nie usłyszał. Do siedziby Funduszu wchodzi w pozycji kolankowo-łokciowej, i tak samo z niej wychodzi. W swoim zakontraktowanym gabinecie zasuwa jak mały samochodzik, choć ledwo mu starcza na paliwo, a silnik grozi zatarciem, gdyż kierowcy brak gotówki na wymianę przepalonego oleju. Tylko tłumik musi działać bez zarzutu. Przynajmniej tak było do niedawna, czyli do chwili powołania Porozumienia Zielonogórskiego.
Filozofia kanapowego kanapkowca
No więc kto – według naszego kanapowego kanapkowca – jest winien temu całemu bałaganowi? To proste. Wszyscy. Partie rządzące, posłowie, premier, minister zdrowia, wojewoda, marszałek sejmiku, starosta powiatu, dyrektor zakładu, ordynator. Oraz Narodowy Fundusz Zdrowia (a przedtem – kasa chorych). I oczywiście – izby lekarskie. A jak zrobić, żeby było dobrze? Też proste. Izby lekarskie natychmiast zlikwidować, a całą resztę wyrzucić na zbitą mordę, i powymieniać. A kto miałby to zrobić? – No, jak to kto? Oni! – odpowiada wszystkowiedzący bez chwili zastanowienia.
Wszystkowiedzącemu kanapowemu kanapkowcowi nawet na myśl nie przyjdzie, że wiele spraw potoczyłoby się w znacznie korzystniejszym kierunku, gdyby – zamiast zwalać na innych – on sam, osobiście, wraz ze swoimi koleżankami i kolegami, zabrał się za zmienianie ponurej rzeczywistości. No ale jakże miałby się zająć taką działalnością, skoro jego odwaga kończy się w progu drzwi dyżurki? Przecież w pojedynkę nie wystartuje, gdyż nie jest samobójcą, do związku zawodowego się nie zapisze, bo może dyrektor weźmie go za to na muszkę, w izbie lekarskiej też się nie będzie udzielał, albowiem izba jest to pasożyt na zdrowym ciele lekarskiej braci.
Trzy ciężkie kule
Kanapowiec, tak jak i zresztą wszyscy inni lekarze (oraz pozostali przedstawiciele tzw. białego personelu), ma u nogi ciężką kulę, a nawet trzy. Są nimi: etyka, misja i powołanie. Przez cały prawie pięćdziesięcioletni tzw. okres błędów i wypaczeń wmawiano społeczeństwu, że lekarz nie pracuje, tylko pełni misję, odżywia się powołaniem, i jeździ etyką (nie mylić z lektyką). Wszyscy w to uwierzyli, łącznie z pracownikami służby zdrowia, i ta wiara przetrwała do dziś. Dla wielu kanapowców jest to bardzo wygodny pretekst do nie podejmowania żadnej aktywności w zakresie działalności na rzecz środowiska. W każdej akcji znajdą bowiem coś niezgodnego z etyką, albo z misją, albo z powołaniem. Coś, co usprawiedliwi ich bierność, a jednocześnie pozwoli na to, aby narzekać na innych, że nic nie robią.
We wspomnianych przeze mnie wyżej czasach, wartość etyki, misji i powołania została wyceniona na kwotę poniżej średniej krajowej, i tak już zostało. Dlatego postawa kanapowo-kanapkowa wynagradzana jest obecnie zarobkami rzędu średnio 1400 zł miesięcznie netto, i nic nie zapowiada, aby ten stan uległ jakiejś istotnej zmianie w najbliższym dziesięcioleciu. Chyba, że myślenie kanapowo-kanapkowe ulegnie transformacji i przeistoczy się w konkretne działanie. Bo przecież decydenci, nawet ci najgłupsi, nie są ani ślepi, ani głusi. Doskonale zdają sobie sprawę z naszej słabości i cynicznie ją wykorzystują. Wiedzą doskonale, że lekarze nie zrobią pod Sejmem zadymy, i nie będą kamieniami, śrubami i styliskami kilofów bić się z policją. Dzięki temu, w skali priorytetów pozostaną zawsze na szarym końcu. Bo mają swoją etykę, misję i powołanie, co oczywiście brzmi dumnie, ale do gara włożyć się nie da.
Są inne sposoby
Ale – oprócz zadymy – jest jeszcze kilka innych sposobów na skłonienie władzy do tego, aby poważniej podeszła do tematu. Zanim o tych sposobach wspomnę, chcę tylko zadać pytanie, a nawet dwa, na które nie wiem, czy znam odpowiedź. Pytania owe brzmią: czy etykę posiadają tylko lekarze polscy, czy też zagraniczni również? I czy etyka lekarska jest w zasadzie jedna, czy też różni się w zależności od kraju?
Bo na przykład lekarze w Izraelu kilka lat temu przerwali na tydzień pracę, i to wystarczyło, aby tamtejszy rząd zaczął ich traktować serio. Z kolei belgijscy lekarze – prawie wszyscy – wyjechali sobie pewnego razu na dłuższy weekend za granicę, i to też wystarczyło. Nie musieli wybijać okien w swoim urzędzie rady ministrów, ani tłuc się z policją. Nie wiem tylko, jak udało się im pogodzić te akcje z etyką. Ale chyba się udało, bo jakoś dają sobie radę, a ich pacjenci – również.
Gremialna wycieczka na Wschód
Zastanawiam się, co by powiedziało towarzystwo kanapowo-kanapkowe, gdyby Naczelna Rada Lekarska wraz z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Lekarzy zorganizowała – powiedzmy na wiosnę przyszłego roku – jednoczesny wyjazd kilkudziesięciu tysięcy lekarzy polskich za granicę. Na Ukrainę, Litwę i Białoruś, bo tam najbliżej i najtaniej. I tam właśnie wszyscy naraz moglibyśmy się prawdopodobnie zmieścić jeszcze przed otwarciem sezonu turystycznego. Do weekendu każdy lekarz dołożyłby swoje przysługujące mu w każdej chwili ustawowe dwa dni wolne (na czwartek i piątek), ale powrót niekoniecznie musiałby nastąpić w poniedziałek rano. Bo przecież w takiej podróży można się przeziębić, można dostać biegunki po spożyciu lokalnych specjałów, można też zatruć się tanim alkoholem miejscowego pochodzenia…
A wyleczyć by nas mogły z tych niespodziewanych dolegliwości jedynie konkretne, natychmiastowe decyzje, podjęte na najwyższym szczeblu.
Planowanie takiej akcji może wydawać się śmieszne albo naiwne, ale nie dlatego, że jest ona niemożliwa do zrealizowania, tylko dlatego, iż coś takiego nie mieści się w większości lekarskich głów, wychowanych w socjalistycznym reżimie, w którym podobna rzecz byłaby nawet nie do pomyślenia. Ale przypominam, że czasy się zmieniły, warunki też, a machanie chorągiewkami pod Sejmem przestało już robić na decydentach jakiekolwiek wrażenie. Nie robią też na nich żadnego wrażenia wystąpienia przedstawicieli NRL czy innych organizacji działających w ochronie zdrowia, ich opinie, pisemne i uliczne protesty, itd. Pożywkę mają tylko malkontenci, którzy narzekają, że izby lekarskie i OZZL nic nie robią. Owszem, robią, tylko że to nie przekłada się na wyniki. A nie przekłada się m.in. dlatego, iż stosowane dotychczas metody spowszedniały do tego stopnia, że najzwyczajniej w świecie są po prostu ignorowane.
Kwękanie jest bezpieczniejsze
O ile środowisko lekarskie chce coś wywalczyć (bo nikt sam z siebie nic nam przecież nie da!), to powinno zdać sobie sprawę z tego, że najwyższa pora, aby zastosować nowe narzędzia. Ale do tego potrzebna jest powszechna mobilizacja. Inaczej, kanapowcy, którzy nie potrafią nawet zdobyć się na złożenie podpisu pod opracowanym przez samorząd lekarski obywatelskim projektem ustawy o zasadach finansowania doskonalenia zawodowego lekarzy i lekarzy dentystów, albo nie pofatygują się na samorządowe zebranie wyborcze, znów dostaną padlinę na żer. Izba nic nie robi, zlikwidować izbę. Związki zawodowe nic nie robią, zlikwidować związki. A co to jest izba, jeśli nie ty, człowieku? A co to jest związek zawodowy, jeśli nie ty, człowieku? A może byś tak sam, koleś, spróbował coś zrobić, skoro jesteś taki mądry? Przecież szkoda, żeby ta twoja mądrość wypaliła się w czterech ścianach dyżurki lekarskiej, nieprawdaż? Wejdź do akcji, podziałaj, i dopiero wtedy oceń, co wyszło z twoich planów, a co nie wyszło, i dlaczego. I dlaczego.
Kanapowcy wolą jednak poprzestać na kwękaniu. Wolą zarabiać swoje marne 1400 zł, albo nawet oddać jeszcze z tego jedną trzecią, aby tylko nie stracić pracy. Uginają się pod presją pracodawcy (np. w Poznaniu), który ich szantażuje, że albo się na to zgodzą, albo 30 proc. towarzystwa wylatuje na bruk. I niby tę jedną trzecią zarobków oddajesz na rzecz koleżanki lub kolegi, ale nigdy nie masz pewności, czy to akurat nie ty miałeś (miałaś) być na liście przeznaczonych do odstrzału. Silni w gębie, ale podatni na naciski, kanapowcy boją się, żeby czasem komuś nie podpaść, a ich główne zajęcie to obserwacja drzwi: czy czasem nie wchodzi jakiś szpieg.
Naród w dupę dostać lubiący
Jeśli kanapowcy ze strachu nie przeciwstawiają się temu dyktatowi, to niech przynajmniej siedzą cicho i nie narzekają, że jakiś inny lekarz, który – w przeciwieństwie do nich – pełni akurat funkcję społeczną, nie chce im wygarniać (tak energicznie, jakby tego sobie życzyli) gorących kartofli z ogniska, w które sami boją się wsadzić swoje delikatne rączki. Mogą przecież powiedzieć, że jeśli tylko dyrektor ośmieli się wyrzucić z pracy część ich koleżanek i kolegów, to odejdzie cały zespół. Na zasadzie: albo wszyscy, albo nikt. Nie widzę powodu, dla którego na szantaż nie można by było odpowiedzieć takim samym szantażem. Ale to wymaga stanowczości i solidarności. Czy kanapowców stać na taki gest?
W jednej z polskich komedii pokazano napad rekieterów na rosyjski autobus. Nasza policja usiłowała namówić Rosjan do złożenia zeznań, ale nikt się nie zgodził. Polski policjant skomentował postępowanie Rosjan następująco: „Bo wy to jesteście naród w dupę dostać lubiący!”. A ja to skomentuję tak: cudze „chwalicie”, swego nie znacie…
(Bardzo proszę redaktora naczelnego „Gazety Lekarskiej” Marka Stankiewicza o nie wykreślanie i o nie skracanie cytatu, chyba że podlega on ustawie o pornografii, o ile ktoś udowodni, że „dostawanie w dupę” jest to narząd w ruchu, bo tego rzeczona ustawa zakazuje. Ale skoro poszło to nawet w polskim filmie fabularnym, to czemu nie miałoby pójść w polskim miesięczniku medycznym?)
Widzę teraz oczyma wyobraźni, jak czytający ten artykuł nasz uczony kanapowy kanapkowiec już-już otwiera usta, aby wygłosić kolejną złotą myśl, ale w tym momencie wchodzi ordynator, myśl się urywa w połowie, a zamiast niej wytryska kolejna porcja wazeliny… Uwaga na drzwi!!!
|