
Bydgoszcz dnia 29 maja 2006r.
Szanowny Pan
Dr Janusz Kochanowski
Rzecznik Praw Obywatelskich
Szanowny Panie Doktorze,
Zwracam się do Pana zainspirowany pańskimi wypowiedziami o ograniczaniu dostępu do świadczeń zdrowotnych przez strajkujących lekarzy ( na podstawie doniesień prasowych).
Proszę o odpowiedź na następujące pytanie: Czy - w Rzeczypospolitej Polskiej - łamanie praw obywatelskich przez państwo jest bardziej dozwolone, a może bardziej usprawiedliwione, czy mniej dotkliwe dla obywateli niż łamanie tych praw przez osoby prywatne? Na to pytanie trzeba sobie odpowiedzieć, jeśli chce się uczciwie ocenić postępowanie strajkujących - od jakiegoś czasu - polskich lekarzy.
Niedawno minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro polecił wszczęcie śledztwa w sprawie wyzysku w jednej z sieci sklepów, prowadzonych przez zagranicznego właściciela. Minister stwierdził wówczas, iż jest wiele symptomów iż w sieci tej "działa zaplanowana machina niemal niewolniczej pracy". Powiedział też, iż "Są korporacje, których jedynym celem jest zysk, a prawa człowieka są w niej nieważne. Nie możemy pozwolić, żeby Polska była traktowana jak kraj trzeciego świata" (cytaty za doniesieniami prasowymi). "Cała Polska" i wszyscy politycy kibicowali pracownikom tej sieci sklepów, którzy odważyli się przeciwstawić wyzyskowi.
Tymczasem istnieje w Polsce "przedsiębiorstwo państwowe służba zdrowia"(tak symbolicznie nazywam system opieki zdrowotnej w Polsce, bo jest on całkowicie zależny od państwa), o którym można śmiało powiedzieć, że działa tam zaplanowana machina niemal niewolniczej pracy, a prawa człowieka są w nim nieważne. Dowodem na to może być fakt, iż wysokiej klasy specjalista, który w innych działach gospodarki otrzymuje wynagrodzenie od kilku do nawet kilkunastu "średnich krajowych", w "przedsiębiorstwie państwowym służba zdrowia" osiąga płacę w wysokości od 1/2 do 3/4 średniego wynagrodzenia w kraju. Innym symptomem istniejącego wyzysku i łamania praw człowieka jest niestosowanie przepisów o czasie pracy. Ci "biali niewolnicy" są zmuszani do świadczenia pracy nawet przez 55 godzin bez przerwy i 300, niekiedy 400 godzin miesięcznie lub spychani są do szarej strefy. Coraz powszechniejsze jest również tzw. samozatrudnienie, dzięki któremu - kosztem swojej emerytury - specjaliści zatrudnieni w służbie zdrowia doraźnie poprawiają swoje dochody.
Jak to się dzieje, że ci sami politycy, którzy wszczynają śledztwo w sprawie wyzysku w prywatnej sieci sklepów, przyzwalają na wyzysk w państwowej służbie zdrowia, a jeśli straszą prokuratorem, to nie tych co wyzyskują, ale tych, co przeciw wyzyskowi się zbuntowali ?.
Pretekstem do działań represyjnych wobec strajkujących lekarzy ma być stworzenie przez nich zagrożenia dla bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli. To zagrożenie miałoby rzekomo powstać przez ograniczenie pracy 10-15% szpitali w Polsce, funkcjonujących w czasie strajku w trybie zbliżonym do tzw. ostrego dyżuru. Ponownie nasuwa się to samo pytanie: dlaczego z takim srogim osądem polityków i niektórych innych osób publicznych spotyka się tak minimalne ograniczenie dostępu do świadczeń zdrowotnych spowodowane przez prywatne osoby (co ważne, walczące o swoje obywatelskie prawa), a z nadzwyczajną pobłażliwością traktowane jest ograniczanie dostępu do leczenia, na o wiele większą, wręcz - masową skalę, dokonywane przez państwo.
Państwo odpowiada bowiem w Polsce za stworzenie takiego systemu opieki zdrowotnej, w którym znaczna część osób potrzebujących leczenia, nigdy go nie otrzyma. Politycy zadawalają się jedynie deklaracjami o powszechnym i bezpłatnym lecznictwie, ale nie robią nic aby z tych deklaracji się wywiązać. Polska, w której praktycznie wszystkie świadczenia zdrowotne są finansowane ze środków publicznych, a ich współfinansowanie ze środków prywatnych jest zakazane, przeznacza na opiekę zdrowotną najmniejszy odsetek PKB ze wszystkich państw UE. Co więcej przez ostatnich kilkanaście lat odsetek ten malał. Na początku lat 90 - tych ub. wieku wynosił nawet 5,1%PKB, a ostatnio poniżej 3,9%PKB. Trudno przy tym uzasadnić ten spadek nadzwyczajnymi okolicznościami. Stały za tym konkretne polityczne decyzje i priorytety: dofinansowanie banków ( w dzisiejszych cenach ponad 40 mld zł), permanentna restrukturyzacja, czyli w istocie dofinansowanie górnictwa (od początku transformacji ustrojowej szacowana na ok. 90 mld zł), coroczne dofinansowanie PKP, innych przedsiębiorstw państwowych, które przecież nie rozdają swoich produktów, jak służba zdrowia, tylko je sprzedają. Jeśli dodać do tego stałą rozbudowę administracji, stworzenie wielu parabudżetowych funduszy, agencji, fundacji, których sensu istnienia trudno się doszukać, to widać wyraźnie, że niedofinansowanie służby zdrowia nie jest przypadkowe czy nieuniknione, ale świadome i celowe, a decyzję o tym podjęli konkretni ludzie. Efektem tego niedofinansowania jest administracyjne limitowanie świadczeń, powodujące kolejki do leczenia, które dla wielu kończą się śmiercią, a dla większości są też przedłużeniem cierpień. "Ubocznym" efektem takiego finansowania służby zdrowia jest wyzysk personelu medycznego, co powoduje nie tylko nasilającą się emigrację zarobkową, ale i stałe obniżanie jakości pracy tych, co pozostali (bo muszą dorobić, bo są zmęczeni, bo nie mają pieniędzy i czasu na szkolenie).
Państwo, nie wywiązujące się z obowiązku, które samo na siebie wzięło (zapewnienia wszystkim obywatelom bezpłatnej opieki zdrowotnej bez ograniczeń) nie dopuszcza również aby obywatele w sposób legalny współfinansowali swoje leczenie. Obywatel nie może w Polsce dopłacić ze swojej kieszeni aby skrócić kolejkę do leczenia, nawet wtedy, gdy szpitale publiczne mają "wolne moce przerobowe", bo ustalone limity wykorzystały już dawno. Może, co najwyżej zapłacić 100% ceny tak, jakby w ogóle nie płacił na powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Innymi słowy musi się leczyć "za darmo", nawet gdyby miał od tego "leczenia" umrzeć, albo musi zapłacić 100% ceny, jakby nie był ubezpieczony. Taki stan rzeczy jest tolerowany, a nawet chwalony przez polityków..., chyba, że ktoś z ich grona znajdzie się w podobnej sytuacji. Powszechnie znany jest niedawny przypadek jednego z posłów PSL, który - jeśli spojrzeć na to z punktu widzenia prawa - uratował swoje życie nielegalnie, bo "przeskoczył" kolejkę w publicznym szpitalu. Mimo tej lekcji, politycy nadal opowiadają się za utrzymaniem bezwzględnej "bezpłatności" świadczeń zdrowotnych i sprzeciwiają się zalegalizowaniu jakichkolwiek dopłat do leczenia ze środków prywatnych. Robią to z pełną świadomością, iż uchwalane przez nich nakłady publiczne na opiekę zdrowotną są skrajnie za małe aby tę bezpłatność wszystkim i w każdej potrzebie zapewnić. Z pełną świadomością zatem opowiadają się za limitowaniem świadczeń zdrowotnych czyli ich administracyjnym ograniczaniem i skazywaniem wielu ludzi na śmierć. Dzieje się to wbrew powszechnie wyrażanemu wśród obywateli poglądowi, że lepiej jest wprowadzić współpłacenie za niektóre świadczenia zdrowotne niż te świadczenia limitować (odnosi się to zwłaszcza do świadczeń najważniejszych). Taki wynik uzyskano w badaniu opinii publicznej, przeprowadzonym przez Sopocką Pracownię Badań Społecznych w listopadzie 2005 r na zlecenie OZZL. Podobny wynik uzyskano w badaniu przeprowadzonym przez Instytut Pentor w czerwcu/lipcu 2004 r. Oba badania przesyłamy Panu w załączeniu.
Polscy lekarze, w tym zwłaszcza skupieni w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy od lat protestują przeciwko tym patologiom. Nie tylko protestują, ale zgłaszają propozycje konkretnych rozwiązań. Ślady tej działalności powinny również być w korespondencji do Rzecznika Praw Obywatelskich. Ostatnią naszą inicjatywą było zbudowanie porozumienia wielu opiniotwórczych środowisk, zarówno ze służby zdrowia i spoza niej, które opowiedziały się za jednym wspólnym programem zmian w polskiej ochronie zdrowia. Udało nam się skupić prawie 20 takich organizacji, w tym tak ważne jak: Naczelna Rada Lekarska, Stowarzyszenie Menedżerów Ochrony Zdrowia, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Szpitali Niepublicznych, Polskie Stowarzyszenie Dyrektorów Szpitali, Izba Gospodarcza "Medycyna Polska", Ogólnopolski Związek Pracodawców Samodzielnych Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej, Ogólnopolski Związek Pracodawców Prywatnej Służby Zdrowia, OZZL, a także funkcjonujące poza służbą zdrowia, jak Centrum im. Adama Smitha, Konfederacja Pracodawców Polskich, stowarzyszenie Transparenty International Polska i inne. Nie ma w Polsce drugiego tak kompetentnego i kompletnego zespołu ekspertów, oglądających służbę zdrowia z różnych punktów. Na podstawie uzgodnionego programu powstał nawet projekt konkretnej ustawy (o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym), autorstwa OZZL. O tych działaniach informowaliśmy szeroko polityków, również koalicji rządzącej. Skierowaliśmy nawet odrębny list do Premiera Kazimierza Marcinkiewicza z propozycją zapoznania się z naszą inicjatywą i stworzenia zespołu programowego, który by ten dorobek uwzględnił. Wyrażaliśmy obawy, że zlekceważenie naszego stanowiska doprowadzi w krótkim czasie do niepokojów wśród pracowników opieki zdrowotnej, którzy nie widzą dla siebie perspektyw.
Niestety nie doczekaliśmy się jakiejkolwiek odpowiedzi. Demokracja w Polsce działa w ten sposób, iż rządzący zajmują się określonym problemem dopiero wtedy, gdy występuje tzw. niepokój społeczny. To on, i widmo spadających słupków poparcia może ich zmobilizować do zajęcia się sprawami, które w innym przypadku nie interesują ich wcale. Tak jest również w odniesieniu do służby zdrowia. Dlatego musieliśmy wywołać "niepokój społeczny". Lekarze polscy rozpoczęli strajk nie tylko dlatego, że źle zarabiają. My chcemy doprowadzić do powstania w Polsce racjonalnego, sprawiedliwego systemu opieki zdrowotnej, aby pacjenci otrzymywali pomoc, której potrzebują, bez kolejek, szarej strefy lub korupcji, a personel medyczny aby był sprawiedliwie wynagradzany. Zbudowanie takiego systemu jest możliwe, chociaż nie jest łatwe. Wymaga bowiem od każdej ze stron: państwa, obywateli, służby zdrowia - pewnych wyrzeczeń. Lekarze są gotowi na te wyrzeczenia. Chcemy się poddać rynkowej konkurencji i weryfikacji naszych umiejętności przez pacjentów. Nie chcemy się jednak dalej godzić na wyzysk dokonywany przez państwo, w imię utopijnej ideologii lub doraźnych politycznych celów.
Protest lekarzy polskich trzeba też widzieć w innym świetle. Dla nas jest to ciągle jeszcze walka ze spuścizną komunizmu w Polsce. Niskie płace personelu medycznego w PRL nie były przypadkiem. Służba zdrowia nie była priorytetem dla partii komunistycznej, podobnie jak i inne dziedziny, które służyły pojedynczemu człowiekowi, a nie wzmacniały siły państwa. Dochodził tutaj jeszcze jeden czynnik: celowa pauperyzacja i poniżenie inteligencji, cieszącej się wysokim poważaniem społecznym i mogącej odegrać opiniotwórczą rolę w społeczeństwie, które przecież należało zniewolić. Nic więc dziwnego, że w instrukcji NKWD dla ambasad radzieckich w podbitych krajach Europy napisano, między innymi: "9. Doprowadzić do tego, aby pracownicy na stanowiskach państwowych (z wyjątkiem służb ścigania i pracowników przemysłu wydobywczego) otrzymywali niskie pobory. Dotyczy to w szczególności służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości, oświaty i kierowników różnych szczebli"(cytat za tygodnikiem "Nasza Polska" nr 29 z 20 lipca 2004r). Podobnie okupant hitlerowski uderzał przede wszystkim w inteligencję, widząc w tym najpewniejszy sposób dezintegracji narodu. Jeśli więc dzisiaj obserwujemy taki atak ze strony rządzących w stosunku do lekarzy, którzy domagają się sprawiedliwych wynagrodzeń, a jednocześnie słyszymy od tych samych rządzących o konieczność zerwania z resztkami komunizmu w Polsce i przeprowadzenia narodowej odnowy, to my tego nie rozumiemy.
Ten nieprzyjazny, czy nawet wrogi - wobec lekarzy - ton wypowiedzi niektórych polityków zachęcił kilka gazet do wywołania prawdziwej nagonki na lekarzy. Jesteśmy świadkami seansów nienawiści, podsycania najbardziej prymitywnych ludzkich instynktów: zawiści, zazdrości, pogardy dla innych, i - wręcz - zachęcania do agresji wobec lekarzy. Formułowane są kłamliwe zarzuty, wyczerpujące znamiona przestępstwa, łamane jest prawo konkretnych lekarzy do dobrego imienia i do prywatności. Prawa te mieszczą się w katalogu praw obywatelskich. Mamy nadzieję na odpowiednią i zdecydowaną reakcję Rzecznika Praw Obywatelskich w tej sprawie. Na marginesie można zadać pytanie: czy tak szkodliwa działalność tych gazet, niszcząca więzi społeczne i demoralizująca nie uderza w społeczeństwo jako całość ?
Pretekstem do "zaostrzenia kursu" wobec protestujących lekarzy stało się w ostatnich dniach nieprzyjęcie przez strajkujących propozycji rządowych, jako wystarczającego powodu aby zakończyć strajk. Przedstawiciele Rządu przedstawiali te propozycje jako wielkie ustępstwo wobec lekarzy i spełnienie ich postulatów. W naszej ocenie więcej w nich propagandy niż faktycznych "ustępstw". Propozycje są niekonkretne, niekiedy wzajemnie sprzeczne, a przede wszystkim dalece niewystarczające aby naprawić system opieki zdrowotnej w Kraju. Nie możemy również przyjąć, iż są to "ustępstwa wobec lekarzy". Lekarze w Polsce nie potrzebują pomocy państwa aby się utrzymać. Potrafimy na siebie zarobić. To państwo zobowiązało się wobec swoich obywateli, że zapewni im odpowiednią pomoc medyczną - bez ograniczeń i bezpłatnie. Wynagrodzenia dla lekarzy są jedynie fragmentem tego zobowiązania. Nie będzie bowiem świadczeń zdrowotnych, gdy nie będzie wykonawców tych świadczeń. Bardziej szczegółową oceną propozycji rządowych przedstawiamy w oświadczeniu, sporządzonym specjalnie z tej okazji. Oświadczenie to przesyłamy Panu w załączeniu.
Strajkujący lekarze nie chcą dalszej eskalacji konfliktów i niepokoju. Zwróciliśmy się do rządzących o dialog. Musi to być jednak dialog merytoryczny, prowadzony nie tylko z poszanowaniem partnera, ale przede wszystkim z poszanowaniem prawdy. My nie boimy się ani prawdy, ani merytorycznych argumentów. Jesteśmy gotowi poddać się weryfikacji w tym względzie każdej bezstronnej osobie. Zapraszamy Pana Doktora na świadka i mediatora naszych rozmów z rządzącymi.
Z wyrazami szacunku
Zarząd Krajowy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i Krajowy Komitet Strajkowy Lekarzy
Krzysztof Bukiel - przewodniczący OZZL