Region
zachodniopomorski
 


Czy jesteś gotowy przystąpić do akcji strajkowej?
 
2006-10-11
Czy ktoś chce nas oszukać ? - artykuł

Z politykami jest tak, że o ile zgodzą się na jakieś ustępstwa pod wpływem niepokojów społecznych, przy pierwszej okazji będą starali się wykręcić od przyjętych wówczas zobowiązań. Podobną sytuację możemy mieć teraz, przy okazji tzw. podwyżki 30 %.

Zgodnie z zapowiedziami rządzących, pieniądze na te podwyżki miały pochodzić z odpowiedniego podwyższenia ceny za świadczenia kontraktowane przez NFZ. Wzrost ten miał być taki, aby pozwoliło to na wzrost kosztów pracy o 30%. Dzięki temu umożliwiono by podwyżkę wynagrodzeń pracowników, nie niszcząc przy tym systemu. Wzrost ceny za świadczenia miałby jeszcze ten walor, że stanowiłby jakąś gwarancję utrzymania zwiększonego finansowania opieki zdrowotnej w przyszłych latach, bo trudno sobie wyobrazić aby NFZ obniżał ceny za świadczenia, gdy w powszechnej opinii są one z reguły i tak zaniżone.

Zarządzenie prezesa Millera, wydane na podstawie ustawy o przekazaniu środków na wzrost wynagrodzeń... z dnia 22 lipca 2006r. stanowiło dokładną realizację przedstawionego wyżej założenia. Prezes jednak się zmienił. Nowym został dr Sośnierz, jeden z tych posłów PiS-u, który najbardziej sprzeciwiał się psuciu systemu, poprzez przekazywanie pieniędzy na wzrost płac, niezależnie od realizowanego kontraktu. Można się było zatem zdziwić, gdy się okazało, że zarządzenie nowego prezesa wprowadza jednak ten drugi strumień pieniędzy, określony kwotowo, na podobieństwo budżetu szpitala. Jeszcze gdyby odnosiło się to tylko do roku bieżącego, można by to zrozumieć, a nawet poprzeć. Kontrakty na ten rok są już bowiem zawarte i się nie zmienią. Zatem kwota na podwyżki, tak czy inaczej, będzie związana z kontraktem. Jednak pozostawienie takiego rozwiązania w roku przyszłym psuje system w oczywisty sposób. Okazać się bowiem może, że SPZOZ, którego kontrakt ulegnie zmniejszeniu (np. dlatego, że ulegnie likwidacji oddział szpitalny, albo część lekarzy z poradni odejdzie „na swoje”) otrzyma mimo wszystko odpowiednią kwotę „gwarantowaną” na wzrost wynagrodzeń. Nie otrzyma tych pieniędzy za to nowy podmiot, który de facto przejmie świadczenia poprzedniego. Zatem za te same świadczenia dwa różne podmioty otrzymają różne wynagrodzenia.

Co jednak ważniejsze, dwutorowy sposób finansowania świadczeniodawców na rok 2007 może budzić obawy, że ktoś znowu chce nas oszukać. Przy czym do końca nie jestem pewien kto i kogo.

Prezes Sośnierz tłumaczy, że jest to jedynie okresowe odstępstwo od tego, co zawsze mówił, iż pieniądze na podwyżki powinny być w kontakcie. Zdecydował się na nie, bo w katalogu procedur kontraktowanych przez NFZ i w ich wycenie jest taki bałagan, że trzeba to wszystko zmienić, a zmiany muszą potrwać, przynajmniej do czasu konkursu na rok 2008. Prezes twierdzi również, że gdyby teraz chciał zwiększyć wycenę procedur – automatycznie o określony procent, to patologie w wycenie świadczeń jeszcze bardziej by się zwiększyły. Co innego gdy poprawianie cen będzie można zacząć od poziomu dzisiejszego. Pole manewru będzie wtedy większe. Procedury, które już dzisiaj są zbyt wysoko wycenione będzie można pozostawić na dotychczasowym poziomie, a ceny tych najbardziej niedoszacowanych zwiększyć dużo więcej niż pozwalałaby na to obecna ustawa o przekazaniu środków na wzrost wynagrodzeń.

Ja byłbym skłonny uwierzyć dr Sośnierzowi, że ma dobre intencje. Nie wiem jednak, czy nie zostanie on przechytrzony przez tych, co wyżej od niego stoją w hierarchii władzy państwowej. Niepodwyższenie ceny za świadczenia kontraktowane przez NFZ może bowiem rodzić pokusę u polityków, aby w roku 2008, gdy przestanie obowiązywać "ustawa o przekazaniu środków na wzrost wynagrodzeń..."  zmniejszyć finansowanie opieki zdrowotnej o te właśnie środki, które były przekazane na (czasowy) wzrost wynagrodzeń.  Z pewnością  będzie to łatwiejsze, gdy przez ten czas ceny za świadczenia płacone przez NFZ nie wzrosną. Wtedy ogłosi się, że z powodu np. załamania finansów publicznych trzeba przesunąć finansowanie medycyny ratunkowej z budżetu państwa do NFZ, zmniejszyć składkę płaconą przez budżet za bezrobotnych i rolników itp. itd. To  "skonsumuje" te 4 mld złotych o jakie ma się zwiększyć budżet NFZ w roku przyszły, a które mają pójść na wzrost wynagrodzeń.

Z niebezpieczeństwem tym koresponduje bardzo dobrze tendencja, jaką widać wśród dyrektorów spzozów, aby podwyżki "30%" nie włączać do wynagrodzenia zasadniczego, ale stosować jako dodatki do pensji, które z założenia miałyby być "okresowe". Moim zdaniem lekarze i pozostali pracownicy medyczni powinni się zdecydowanie sprzeciwić takiemu rozwiązaniu, bo rodzi ono zagrożenie tymczasowością podwyżki i niebezpieczeństwem obniżenia nakładów na opiekę zdrowotną w roku 2008.

Nie jestem też do końca przekonany, czy takie próbne, częściowe oddzielenie środków na wynagrodzenia pracowników szpitali od kontraktów z NFZ nie stanowi „pilotażu” powrotu do budżetowania szpitali. Nie wykluczone, że wielu dużym związkom zawodowym, tradycyjnie przeciwnym rozwiązaniom rynkowym, spodoba się rozwiązanie, w których płaca jest pewna, ustalona administracyjnie i niezależna od wyników ekonomicznych szpitala. Bardzo dobrze zgra się to z planowanym ustaleniem „sieci” szpitali. Placówki, które znajdą się w niej mają przecież mieć zagwarantowane finansowanie ze środków publicznych, niezależnie od tego jak efektywnie będą funkcjonować. Tak więc prezes Sośnierz, znany orędownik rozwiązań rynkowych, może stać się - zupełnie niespodziewanie dla siebie – pierwszym architektem powrotu do budżetowej służby zdrowia.

Krzysztof Bukiel  

« Back